midpoint szlaku PCT
Data: 2016-08-19

Za nami już połowa szlaku Pacific Crest Trail i mamy nadzieję za około 2 miesiące szczęśliwie finiszować. Póki co u nas wszystko w normie – odciski i zmęczenie w standardzie. Ale po kolej piszemy co u nas.
Noc z 4/5 sierpnia spędziliśmy na wysokości prawie 2500 m, skąd nad ranem udaliśmy się w stronę miasteczka/resortu Belden Town. Po 13 dniach na szlaku PCT bez “zawijania” do miast i miasteczek postanowiliśmy zrobić sobie “prezent”, którym miało być śniadanie w resortowej restauracji. Niestety….tego dnia na terenie kompleksu wypoczynkowego organizowane było wesele i lunchów nie serwowano. Jeżeli nie jesteśmy w “Truman Show” to chyba w jakimś innym programie…

Miasteczko Quincy

Wtedy też mocno rozgoryczeni faktem nie zjedzenia wymarzonego burgera podjęlismy decyzje o uzupełnieniu naszych zapasów w oddalonym o około 15 mil miasteczku o nazwie Quincy. Dzięki uprzejmości jednej z użytkowniczek amerykańskich dróg, około 14:00 dotarliśmy do biblioteki w Quincy skąd, pisaliśmy dla Was nasza ostatnio relacje. Po wizycie w bibliotece przyszedł czas na zakupy w supermarkecie pod którym już tradycyjnie spędziliśmy resztę dnia 🙂 Zazwyczaj obmyślamy wtedy plany na nadchodząca noc, gdzie by tutaj rozbić namiot z dala od zabudowań, ulicznego zgiełku i zasięgu lokalnej policji. Tak było i tym razem, finał okazał się jednak zaskakujący.

Rancher Teddy

Chodząc (Grzesiek) jak to mam w zwyczaju po jednym z marketów, lustrując asortyment i ceny, zaczepił mnie jeden człowiek o wyglądzie typowego amerykańskiego ranchera (obcisłe spodnie Wranglery, mokasyny, koszula w kratę i stylowy kapelusz). Zapytał standardowo czy jestem PCT hikerem i czy mam gdzie spać. Na pierwsze pytanie odpowiedziałem twierdząco a na drugie przecząco 🙂 Zaraz po odpowiedzi na drugie z nich pojawiła się propozycja spędzenia nocy na ranchu wspomnianego Rachera o imieniu Teddy. Bez wahania odpowiedziałem ze do 30 min będziemy gotowi i możemy jechać z nim gdzie mu się podoba 😛 Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o jeden z lokalnych barów, gdzie jako goście Teddyego zostaliśmy poczęstowani przepyszną Whisky z cynamonem. Miejscem do którego zabrał nas Tedyy okazała się bardzo przestronna “cabina” czyli domek letniskowy z ciepłym prysznicem, lodówką, kuchenką i co najważniejsze, materacami do spania. Jaką cenę musieliśmy za to zapłacić? Odpowiedź można wysnuć z poprzednich postów ze szlaku PCT, dobrze znając już amerykańską uprzejmość i gościnność. Na ranchu o nazwie Deerwood Ranch spędziliśmy dwie noce i nie ukrywamy że od pobytu w Tehachapie właśnie w tym miejscu naprawdę odpoczęliśmy. Wspomnimy jedynie że właśnie w Tehachapie braliśmy ostatni gorący prysznic…

Powrót na szlak PCT

Powrót na szlak odbył się nie bez małych perturbacji, kiedy to nie do końca mogąc dogadać się z naszym kierowcą/dobrodziejem w pewnym momencie jechaliśmy w zupełnie inne miejsce niż to, które obwieszczał napis na naszej “stopowej” tabliczce. Po powrocie do Belden Town okazało się ze wesele trwa tam w najlepsze:) Nasz dzień powrotu na szlak został więc odwleczony o jeszcze jeden dzień ze względu na butelkę weselnego wina, która przypadkiem zagrodziła nam wejście na szlak PCT.

Midpoint PCT

połowa szlaku PCTW poniedziałek 8 sierpnia rozpoczęliśmy mordercze 1900 m podejście pod górę z plecakami pełnymi jedzenia na kolejne 10 dni. Tego dnia niestety nie byliśmy w stanie przejść więcej niż 25 km…perspektywa kolejnych dni nie wydawała się wiec kolorowa. Szczególnie, że teren z którym przyszło nam się zmagać nie powodował szczególnego wzrostu tak nam potrzebnej adrenaliny i endorfin. Las, gesty las, jeszcze gęstszy las i tak dalej.. Dodatkowo temperatura oscylująca około 35 stopni. Nie było łatwo i raczej nic nie zapowiadało poprawy. Lada dzień znaleźliśmy się w granicach Lassen Volcanic Wilderness, gdzie mogliśmy podziwiać wygasłe wulkany i pozostałe po nich goloborza zaschnietej lawy. Humory poprawiły nam widoczne w oddali szczyty Mt. Lassen i Mt. Shasta, które w oddali górowały nad otaczającym nas widnokręgiem. Na terenie Parku Lassen znajdował się także bardzo ważny dla nas punkt, którym był tzw. Midpoint PCT czyli równa polowa szlaku 🙂 Teraz już tylko bliżej niż dalej. Tego samego dnia chcąc uczcić nasz “mały sukces” zawitaliśmy na rancho do przyjaciela Hikerów Nicka w Drakesbad Guest Ranch. Zaserwowane nam dania w ramach tzw. “Szwedzkiego stołu” unieruchomiły nas w tym miejscu na dobre kilka godzin. Dzięki uprzejmości Nicka, mogliśmy zrobić tam pranie czy wziąć gorący prysznic bez konieczności wnoszenia zryczałtowanej opłaty.

Arbuz i niedźwiadek

Następnego dnia ruszyliśmy na szlak “potykając” się o arbuza z napisem PCT Enjoy 🙂 Taka dawka wody nie mogła umknąć naszej uwadze. Po przepakowaniu plecaków, razem z arbuzem udaliśmy się w górę szlaku w kierunku Old Station. Dzięki temu znalezisku po raz kolejny mogliśmy przetestować nóż gerber Bear Grylls folding sheath, chociaż nie wiemy, czy Grylls też kroił arbuza 😉 Tego samego dnia mięliśmy okazje zobaczyć na własne oczy, pierwszego futrzanego mieszkańca okolicznych lasów. Chodzi oczywiście o małego niedźwiadka, który wyszedł nam na przeciw na szlak. Był to jeszcze mały niedźwiadek, który raczej nie znal strachu przed ludźmi, chowając się lub wychodząc raz po raz z zarośli. Możliwe ze poczuł niesionego przez nas przepysznego arbuza 🙂 Zaraz przed miasteczkiem Old Station, miałem też okazje spotkać “nieco” większego osobnika, który to jednak mocno spłoszony moją (Grzesiek) obecnością pognał w głąb lasu.

Mały kryzys

Od Old Station szlak PCT wiedzie odkrytymi terenami gdzie słońce mogło już bez przeszkód operować swoją pełną mocą. Wtedy tez po przejściu około 10 km złapał nas “maly kryzys”. Mięliśmy już serdecznie dosyć upału, nadmiaru wleczonych kilogramów i problemów z niedostatkiem wody. Tego dnia postanowiliśmy nie iść dalej i pozbierać myśli. Od tego dnia postanowiliśmy wdrożyć tzw. “plan naprawczy”, mający zmotywować nas do dalszej podróży 🙂 Do chwili obecnej plan działał bez zarzutów (nie bez skutków ubocznych pod postacią odcisków i otarć). Następnego dnia udało nam się przejść rekordowe w naszym przypadku 43 km w dosyć łatwym terenie. Warto jednak wspomnieć, że tego dnia napotkaliśmy dwa “Magicki” czyli miejsca z wodą, napojami i przekąskami, które znacznie spowolniły nasze tempo marszu. 15 sierpnia zawitaliśmy do urokliwego miejsca o nazwie Burney Falls, gdzie mieliśmy okazję podziwiać tamtejsze wodospady. Z każdym dniem zbliżaliśmy się do autostrady międzystanowej nr 5, którą to mieliśmy udać się do miasta Mt. Shasta na kolejne uzupełnienie zapasów. Dzień przez zawitaniem do miasteczka udało nam się osiągnąć o wiele więcej niż zamierzaliśmy. W około 12 godzin (razem z przerwami) pokonaliśmy odległość 45 km przy różnicy wzniesień około 2400 m. Czyli mniej więcej to tak, jakbyśmy wychodząc z Bałtyku rozpoczęli wspinaczkę na sam szczyt Rysów. Dumni ale i zmęczeni zawitaliśmy do miasta Mt. Shasta gdzie spędzamy właśnie nasz “dzień zerowy”. Kurujemy się, robimy zakupy a już jutro tj. 20.08 wracamy na szlak bo czasu mamy już niewiele 🙂



Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *