Waszyngton na szlaku PCT
Data: 2016-10-05

Po zakupach w Hood River udaliśmy się do miasteczka Cascade Locks, w którym spędziliśmy jeszcze jedną noc u zaprzyjaźnionego z hikerami Trail Angela “Shreka”. Rano przekroczyliśmy granice Stanu Waszyngton na tzw. Moscie Bogów i rozpoczęliśmy ostatni etap naszej amerykańskiej przygody. Pierwsze dni w nowym stanie to wędrówka w stronę przepięknego wzgórza o nazwie Mount Adams. Dzięki bardzo dobrym warunkom pogodowym udało nam się bez większych problemów sprawnie pokonać ten odcinek szlaku PCT. Problemy rozpoczęły się po wejściu do Parku Goat Rocks Wilderness.

I zimno i pada, i zimno i pada…
1 października kierowaliśmy się w stronę góry o nazwie Old Snowy Mountain, kiedy to doszło do całkowitego załamania pogody. W rejonie grani szczytowej zaskoczyła nas śnieżyca i bardzo mocno wiejący wiatr. Warunki nagle zrobiły się bardzo ciężkie, a szlak PCT zaczął zanikać pod powiększającą się z minuty na minute pokrywą śniegu. W pewnym momencie zgubiliśmy ślad i braliśmy pod uwagę wycofanie się do najbliższego miejsca biwakowego. Ostatecznie podjęliśmy ryzyko i ze spora dozą szczęścia odnaleźliśmy zarys szlaku. Po osiągnięciu najwyższego punktu na grani rozpoczęliśmy zejście w stronę doliny, gdzie warunki z każdym kilometrem ulegały poprawie. Tak szczęśliwie po 35 kilometrowym marszu z dwiema przerwami po godzinie 15 dotarliśmy do przełęczy White Pass. Tam na stacji benzynowej odebraliśmy paczkę z jedzeniem na kolejny etap szlaku. Na stacji spotkała nas także bardzo mila niespodzianka. Zaraz przed zamknięciem stacji, pracująca tam przemiła Pani podarowała nam kilka “snacków” które lada chwila miały wylądować w koszu w związku z zamknięciem stacji. Kolejne dni to codzienne zmaganie się z ulewnie padającym deszczem, gęstą mgłą i bardzo niskimi temperaturami (w nocy minusowa temperatura jest już standardem).

4 października nad ranem dotarliśmy do przełęczy o nazwie Snoqualmie Pass, skąd piszemy ten post. Co jakiś czas przed przełęczą zza gęstej mgły wyłaniał się ogromny masyw góry Mount Rainier, robiący kolosalne wrażenie. Do końca szlaku pozostało nam ok 430 km, jednak końcowe kilometry dają nam mocno w kość. Padający nieustannie deszcz i niska temperatura nie dają możliwości wysuszenia ubrań i tak każdy dzień rozpoczynamy w mokrych butach i przemoczonych spodniach 🙂 Pogoda z końcem tygodnia ma się nieco polepszyć jednak nie liczymy już na tak rozpamiętywane z rozrzewnieniem przez nas pustynne upały 🙂 Przed “słupkiem” końcowym mamy nadzieje odezwać się raz jeszcze jednak nieuchronnie nasza wyprawa powoli dobiega końca…



Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *